Wielka droga małego smoka„Od początku dziejów kinematografii próbowano określać film zarówno jako nowe zjawisko kulturowe, specyficzną technikę, jak i odrębną dziedzinę sztuki. Pojawiła się refleksja nad jego materiałem, stosunkiem do rzeczywistości faktycznej, fizycznej i społecznej. Rozpatrywano film w relacji do teatru, literatury, sztuk plastycznych, muzyki i architektury.” [1] Alicja Helman ma rację. Nad fenomenem kina zastanawiało się wielu, niekoniecznie stricte związanych z problematyką historyczną, kulturową czy wreszcie filmową. Fascynuje różnorodność tendencji w tej stosunkowo nowej dziedzinie sztuki, ogrom podejmowanej problematyki, coraz to inne metody nowatorskich rozwiązań formalnych.
Wraz z dynamicznym rozwojem kina szybko wykształciły się wielkie korporacje filmowe, skupiające wokół siebie ogromne pieniądze i mogące pozwolić sobie na dyktowanie warunków wszelkim osobistościom pragnącym zajmować się zawodowo tą specyficzną dziedziną. Na szczęście kino to nie tylko potężna hollywoodzka maszyna. Kino to także Europa i kino, o czym często się zapomina, to także ogrom azjatyckiej wyobraźni. Dalekowschodnia tradycja kinowa swą genezą sięga kulturowych korzeni, głęboko osadzonych w walecznej historii danego kraju, społeczno-demograficznej specyfice obszaru oraz narodowej religii i kolejnych odmianach indyjskiego buddyzmu.
Swój dynamiczny początek azjatyckie kino osiągnęło w Hongkongu, na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku, a na dobre rozwinęło się dziesięć lat później, kiedy przemysł filmowy nie miał jeszcze konkurencji w postaci telewizji. Do Ameryki i Europy dotarło w latach siedemdziesiątych, a swą nieoczekiwaną popularność zawdzięcza legendzie Bruce’a Lee. Ten mistrz sztuk walk i aktor zarazem nie był jednak twórcą fali, a jej produktem, która na Zachód nadciągała z dwóch stron: inspirowanych tradycją i kulturą chińską hongkońskich produktów kung-fu oraz japońskich, samurajskich filmów miecza i karate. Immanentną cechą chińskiej tradycji są sztuki walki i jako najbardziej spektakularny element azjatyckiej kultury, stał się on podstawowym źródłem kinowej inspiracji. Na duży ekran przeniesiono historie powstawania systemów walki wręcz, rozwój sztuk walk w klasztorach, widowiskowe potyczki chińskich wojowników. Walki te były krwawe, pełne brutalnych szczegółów, a najbardziej nieprawdopodobne wyczyny przybliżały w zwolnionym tempie kręcone zdjęcia. W scenach starć zawodnicy dosłownie fruwają w powietrzu, a walki z zasłoniętymi oczyma nie należą do rzadkości. Realizm tych filmów ma oczywiście wymiar fantastyczny, a baśniowa magia gra w fabułach ogromną rolę, zwłaszcza w widowiskach kostiumowych przedstawiających legendy konfucjańskie. Andrzej Kołodyński o tych ekranizacjach pisze, iż „w porównaniu z konwencjami kina zachodniego narracja jest niedbała i urywana, aktorstwo groteskowo przesadne, a fabuły naiwne.” [2] To prawda, jednak sztuka w tych dalekowschodnich produkcjach generalnie ograniczała się do ukazania niebywałej wręcz sprawności fizycznej mistrzów – „aktorów” i praktycznie zawsze, kiedy zaczynała się walka, widz nie zwracał uwagi na niedociągnięcia formalne… Produkcja filmów w Hongkongu po II wojnie światowej, to labirynt trudny do zgłębienia. Filmy produkowano tu bowiem bez jakiejkolwiek dokumentacji, często z tym samym, niewiele przerobionym scenariuszem, niskobudżetowe i z marnie opłacanymi aktorami. Ważna w nich była dynamiczna akcja, jednoznaczny podział na dobre i złe charaktery i wylane całe hektolitry czerwonej farby, imitującej krew. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych tych słabych filmów produkowano tu aż ponad trzysta rocznie. Były one kierowane do rozpowszechniania w sieci chińskich kin Hongkongu, Singapuru, Indonezji i Korei, w pozostałych azjatyckich państwach, a także w chinatown miast Ameryki i Europy. Rynek produkcji tych filmów był wówczas zdominowany przez wytwórnię Shaw Brothers Movietown, której właścicielami byli chińscy bracia: Run Run i Runnie Shaw. [3] Z czasem usamodzielnił się Rymond Chaw, ich były pracownik; stworzył własne przedsiębiorstwo, Golden Harvest. W cieniu tych azjatyckich potentatów działała setka spółek i samodzielnych, drobnych producentów. W takim świecie od najmłodszych lat dorastał Jun Fan Lee - przyszły aktor i mistrz szt uk walk, znany na całym globie jako Bruce Lee. „Ten niewysoki (169 cm), sprężysty Chińczyk, urodzony w Stanach Zjednoczonych, wychowany w Hongkongu i dzielący 32 lata swego życia miedzy Amerykę, a Azję, wywarł zadziwiający wpływ na kino naszych czasów.” [4] Rzeczywiście, zrewolucjonizował on komercyjne kino Hongkongu i wyprowadził je z zaścianka na ekrany kin całego świata, a także zapoczątkował nowy gatunek filmów o tematyce wschodnich sztuk walk. Ponadto zrewolucjonizował sztukę walki wręcz, tworząc nową koncepcję podejścia do stylów – jeet kune do. Potocznie utarło się nazywać ten system „drogą przechwytującej pięści”, w rzeczywistości słowa te w swej złożoności są nieprzetłumaczalne. Jedno jest pewne: jeet kune do to kwintesencja tego, co we wszystkich stylach azjatyckich sztuk walk wszechstronne i skuteczne. To, niestety niedokończony, rezultat pracy jednostki wybitnej, geniuszu, który dotarł najdalej – per aspera ad astra. Bruce Lee powiedział, że „każdy może tylko wtedy funkcjonować swobodnie i pełnią możliwości, kiedy znajduje się poza stylem”, bo „gdy powielasz klasyczne style, rozumiesz rutynę, tradycję, cienie, ale nie rozumiesz siebie.” [5] Właśnie takim był Bruce Lee: poza stylem, poza konwencjami i schematami, nastawiony na prawdziwą walkę w życiu i na scenie.
Filmy z jego udziałem to nie były dzieła kinowe. W większości z nich wątła i nieco naiwna fabuła jest pretekstem do zaprezentowania wszechstronnego kunsztu walki jej głównego bohatera. Są to produkcje tworzone „pod Bruce’a”, który jest z reguły postacią pozytywną, walczy w słusznej sprawie z przeciwnikami posiadającymi pozornie dużą przewagę fizyczną bądź liczebną. Wychodzi cało z najgorszych opresji, zwyciężając w finałowych scenach najcięższych przeciwników, jednocześnie udowadniając widzom, że sceny nie są wspierane trickami technicznymi. W tym celu Lee i jego producent rozwinęli system specjalnych długich ujęć, filmowanych często w zwolnionym tempie. W typowo hollywoodzkiej scenie walki kamera pokazuje straszliwe uderzenia lądujące np. na podbródku przeciwnika, co jest w praktyce jedynie prostym w wykonaniu trickiem. Kiedy natomiast ogląda się normalną, prawdziwą(!) walkę chińską, przypomina ona rodzaj niekończącego się młyna, w którym ciosy zadawane są bez wytchnienia. [6] Doskonałym przykładem zekranizowanych walk jest „Droga smoka”, gdzie partnerem filmowym Bruce’a był jego przyjaciel Chuck Norris, ówczesny mistrz koreańskiego stylu tangsodoo. To, co rejestrowała kamera, nie było udawaniem. Walka była oczywiście reżyserowana i odpowiednio wcześniej „ustawiona” przez choreografa, a walczący ze względów bezpieczeństwa z pewnością nie używali całej swej siły, ale aktorzy walczyli naprawdę! To najprawdziwszy pojedynek, ostra walka pełna godności, gdzie obok brutalności starć można zaobserwować wzajemny szacunek zawodników.
Do unicestwiania swoich filmowych wrogów Bruce wykorzystywał wszelkie możliwe kombinacje stylów i sposobów walki. Było to powodem ostrej krytyki ze strony chińskiego lobby mistrzów sztuk walk, protestujących przeciwko mieszaniu tradycyjnych stylów. Jednak to właśnie wtedy klarowała się nowa koncepcja Bruce’a – jeet kune do. Klasycznym przykładem „stylu bez stylu” są walki zawarte w najsławniejszym filmie z jego udziałem – w „Wejściu smoka”. Jest to krwawa baśń o dość schematycznej fabule i raczej informacyjnych, niebudujących postaci dialogach. Ale jest też Bruce Lee - tajemniczy i spięty, perfekcyjnie zbudowany i tak bardzo skuteczny w każdym ruchu. Bez wątpienia wprowadził sztuki walki do kin, zauroczył sobą i Dalekim Wschodem. Na ekranie jego sylwetka jako wcielenie napiętej energii, nabiera wymiaru mitologicznego. Niesie w sobie ducha przodków, uwodzi prawdą niosącą tradycję połączoną z nowoczesnością.
Będąc u szczytu sławy Mały Smok nagle umiera. Pozostawia miliony zaszokowanych fanów, a jego śmierć staje się powodem wielu spekulacji i sensacyjnych doniesień prasowych. Zgon Bruce’a do dziś owiany jest tajemnicą, a on sam stał się legendą. Mistrz sztuk walk, główny aktor, kaskader, scenarzysta i reżyser swoich filmów pozostawił po sobie ogromną pustkę.
Jednak przemysł filmowy Azji i Ameryki nie miał zamiaru rezygnować z nazwiska, które wywołało echo w całym świecie. Świetnym interesem okazało się naśladownictwo Bruce’a Lee. Ruszyła produkcja pospiesznie kręconych, tanich filmów, wykorzystujących legendę gwiazdora. Pojawili się aktorzy o nazwiskach Bruce Le, Bruce Li, Bruce Leong, a filmy nosiły tytuły: „Wyjście smoka”, „Wejście tygrysa”, „Bruce Lee – supersmok”…[7]
Producenci kaset video nie pozostali w tyle. Oprócz powielania istniejących już filmów z Bruce’m, nakręcono filmy dokumentalne i biograficzne „Bruce Lee Story”, „Prawdziwy Bruce Lee”, wykorzystano ścinki taśmy, które nie weszły do filmów, amatorskie zdjęcia z planów, a nawet filmy kręcone przez przyjaciół w szkole średniej i na studiach w USA. Ruszył cały przemysł pamiątek po aktorze: rozpoczęto masową produkcję książęk, wspomnień i pseudopamiętników o legendarnym idolu. Komercjalizacja biznesu pt. „Bruce Lee” objęła także plakaty, fotosy, okazjonalne wydawnictwa, komiksy, sprzęt i stroje treningowe z symbolami graficznymi imitującymi postać Bruce’a.
Kiedy przestano produkować filmy z postaciami naśladującymi osobę legendarnego mistrza, zaczęto poszukiwać nowych aktorów z innym image. Do rywalizacji przystąpili także zachodni adepci sztuk walk: wcześniej wymieniony przeze mnie Chuck Norris, nieco później Steven Seagal czy Van Varenberg, hollywoodzki gwiazdor doskonale znany jako Jean Claude Van – Damme. Popularność w tym nurcie kina akcji zaczęły zdobywać także kobiety. Żeńskim mistrzyniom drogę przetarła Chyntia Rothrock, najbardziej znana szerszemu gronu odbiorców z filmu „Shanghai Express”[8]
Do rywalizacji w produkcji filmów eksponujących walkę wręcz włączyli się też Japończycy. Filmy Kraju Kwitnącej Wiśni to materiał na osobną pracę, obfitującą w nadal żywą tradycję samurajskich wojowników. W przeciwieństwie do pseudohistorycznych filmów z Hongkongu Japończycy zaczęli również realizować filmy sensacyjne, osadzone we współczesnych realiach. Zresztą cała tradycja kina japońskiego to niesamowite dzieła w reżyserii takich osobowości jak Yamamoto, Kobayashi czy wreszcie Akiro Kurosawa debiutujący „Legendą judo” – piękną opowieścią o rywalizacji ju-jitsu i jej sportowej odmiany. [9] Bruce Lee jest bez wątpienia najsławniejszym na świecie chińskim aktorem, do równie wybitnych Japończyków z pewnością należy główny aktor Kurosawy – Toshiro Mifune, skupiający w swych rolach także kulturowe inspiracje Zachodem.
Kontynuatorów drogi filmowej Bruce’a Lee jest oczywiście o wiele więcej. Wspomniałam tylko o tych najbardziej znanych. Jedni naśladują jego koncepcję gry aktorskiej, inni techniki, a jeszcze inni i wybuchowy charakter. Jednak żadnemu z tych aktorów nie udało się zdobyć takiej rangi jak Bruce Lee. Są to po prostu aktorzy, a nie mistrzowie sztuk walk potrafiący wnieść do filmu coś ponad poprawnie wykonane techniki. Bruce zrewolucjonizował dalekowschodnie sztuki walki – stworzył niezwykle skuteczną koncepcję, która znalazła kontynuatorów na całym świecie, docierając także do Polski. Dokonał także kroku milowego w kinie, wprowadzając do filmów akcji nieznaną wcześniej dramaturgię oraz zadziwiającą energię, rozsadzającą wprost ekran. Może nie był wielkim aktorem, ale to właśnie dzięki niemu zainteresowanie sztukami walk objęło tysiące ludzi spoza granic Azji. Do czasu sukcesu filmowego Bruce’a Lee praktycznie niemożliwe było dla białego człowieka dotarcie do prawdziwych nauczycieli chińskich sztuk walki. Presja rynku, początkowo głównie w Stanach Zjednoczonych, zmusiła ich jednak do wyjścia poza swoje enklawy. Początkowo na arenie międzynarodowej zaistnieli Chińczycy z drugorzędnym pojęciem o sztukach walki, ale ich działalność sprawiła, że także najwybitniejsi nauczyciele w doborze swoich uczniów przestali sugerować się kategoriami rasowymi. Wprawdzie proces ten trwał ponad dziesięć lat od śmierci Bruce’a, ale stał się możliwy właśnie dzięki niemu. I szanuję go za to bardzo. Może nie jako aktora, choć na arenie filmowej odegrał niebotyczną rolę. Na pewno jako wybitnego propagatora sztuk walk na całym świecie, mistrza i mojego prywatnego mentora, którego śladami staram się od paru lat podążać.
Karina Modelewska Bibliografia:
M. Butrym, W. Orlińska „Tajemnice Kung – Fu”, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1983
A. Helman „Co to jest kino”, Wydawnictwa artystyczne i Filmowe, Warszawa 1978
A. Kołodyński „Dzieci smoka” Wydawnictwo Opus, Łódź 1994
R. Murat, J. Szymankiewicz „Bruce Lee, Karate Do” nr 2/92, Wydawnictwo Tsunami, Warszawa 1992
S, Janicki „Film japoński”, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1982
[1] A. Helman, Co to jest kino, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1978, rozdz. istota i charakter sztuki filmowej, s.9 [2] A. Kołodyński, Dzieci smoka, Wydawnictwo Opus, Łódź 1994, rozdz. Chińska fala, s.109 [3] por. R. Murat, J. Szymankiewicz, Bruce Lee, Karate Do, nr 2/92, Wydawnictwo Tsunami, Warszawa 1992 [4] A. Kołodyński, Dzieci smoka, rozdz. Mały smok, s.11 [5] M. Butrym, W. Orlińska, Tajemnice Kung – Fu, Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa 1983, rozdz. Wielka Droga Małego Smoka [7] por., tamże A. Kołodyński, Dzieci smoka, rozdz. Tygrys nie zastąpi smoka, s.30 [8] zob., tamże, rozdz. Zabójcza laleczka Cynthia, s.51
|